Ostatnie komentarze

Ile za emerytury, ile za administrację…? FOR (...)


Na początek postawię przewrotne pytanie: czy powinniśmy w ogóle epatować się tym raportem?Otóż, moim zdaniem, nie. Należałoby bowiem zacząć od pytania, czego oczekujemy od naszego państwa? Sprecyzowanie NASZYCH preferencji i oczekiwań pozwoliłoby bowiem na oszacowanie, ile nasze państwo powinno wydawać na konkretny cel. Dopiero porównanie wyników takiego zestawienia z rzeczywistą listą wydatków publicznych i ponoszonych na daną kategorię kosztów dałoby prawidłową odpowiedź na pytanie, na ile nasze państwo zaspokaja nasze potrzeby.Pierwszy z brzegu przykład: służba zdrowia. Wszyscy wiemy, że jest niedoinwestowana. Brakuje sprzętu "światowej klasy", brakuje pielęgniarek (wynagrodzenia), brakuje lekarzy-specjalistów (tu i wynagrodzenia i system kształcenia lekarzy o konkretnych specjalnościach), fizjoterapeuci właśnie zaczęli strajk włoski... Bez wiedzy, ile powinna nas kosztować służba zdrowia świadcząca w rozsądnym czasie wszystkie potrzebne NAM usługi w oparciu o najnowsze technologie i leki stwierdzenie, że wydajemy na nią nieco ponad 2,5 tysiąca złotych można skwitować stwierdzeniem "szkoda, że tak mało".Edukacja od przedszkola do poziomu ponadgimnazjalnego (bez szkół wyższych) - 2.078 złotych na głowę. To dużo czy mało? Opierając się o dane GUS, daje to około 17.750 złotych na jednego ucznia rocznie. Na wszystko. Na płace nauczycieli, utrzymanie szkół, energię, ogrzewanie, wodę, wyposażenie, nowe pomoce naukowe... Chcielibyśmy, aby nasze dzieci uczyły się w nowoczesnych budynkach, w klasach liczących kilkunastu, może 20 uczniów, z dostępem do nowoczesnych pomocy dydaktycznych. I wiemy, że tak nie jest. Wiemy też, że "zmiana na lepsze" musi kosztować. Ale nie wiemy (i Forum Obywatelskiego Rozwoju też nie), ile powinniśmy wydawać średnio na ucznia, aby szkolnictwo spełniało nasze oczekiwania. Strajk nauczycieli żądających nie tylko podwyżek płac ale i podniesienia wydatków na oświatę uświadamia, że podobnie jak w przypadku ochrony zdrowia obecny poziom nakładów na edukację to stanowczo za mało.Administracja... Niby kosztuje nas sporo, bo ponad 1,1 tys. złotych na głowę, ale pragnę przypomnieć, że w 2009 roku rząd Donalda Tuska zamroził płace w sferze budżetowej. Z "odmrożenia" skorzystali, choć w niewielkim stopniu nauczyciele, wojsko, policja i inne służby mundurowe. Przypominają o sobie pracownicy socjalni, pracownicy urzędów pracy, pracownicy "administracyjni" sądów (bo sami sędziowie, dzięki odrębnej ustawie, mają wynagrodzenia regulowane co kwartał). Jeśli chcielibyśmy być obsługiwani w urzędach przez profesjonalistów, musimy zaproponować im wynagrodzenia konkurencyjne, choćby nieco lepsze niż na "przeciętnych" stanowiskach pracowniczych w przemyśle czy korporacjach. Specjalista w czeskim urzędzie pracy zarabia (na rękę) około 1.800 euro, w Niemczech - ponad 3 tysiące. W Polsce? Tak około 2,5 tys. złotych. 3-krotnie mniej niż w Czechach, ponad 5-krotnie mniej niż w Niemczech. W służbach socjalnych (ośrodkach pomocy społecznej) jest jeszcze gorzej. Kiedyś albo staniemy przed widmem zamkniętych drzwi w urzędzie (bo nie będzie chętnych do podjęcia tam pracy) albo przed koniecznością solidnego dofinansowania tej sfery działalności naszego państwa.Wreszcie główna pozycja wydatków - emerytury i renty. 1/3 wydatków państwa. Gdyby oprzeć się tylko o "czystą statystykę" GUS można by stwierdzić, że przeciętna osoba w wieku emerytalnym (a jest ich w Polsce 8,2 mln) otrzymuje miesięczne świadczenie w średniej wysokości ok. 2.740 zł brutto. Wiemy jednak, że w tym są "specjalne emerytury" dla młodych wiekiem wojskowych, policjantów, całej rzeszy "zasłużonych budowniczych socjalizmu z okresu PRL-u" i równie dużej grupy "działaczy antykomunistycznych". Niektórzy z nich pobierają świadczenia w wysokości nawet 20 tys. zł miesięcznie. Przeciętna emerytura (a może raczej: najczęstsza wypłacana przez ZUS wysokość świadczenia), według danych ZUS, to 1.065,60 zł brutto miesięcznie. Czy chcielibyśmy, aby nasi emeryci mieli godną starość? Czy chcielibyśmy i my godnej emerytury dla nas samych na starość? Oczywiście, że tak. Tyle, że nasze (pracujących) wynagrodzenia są zbyt niskie - przeciętna płaca w Polsce to ciągle niespełna 20% tego, co średnio zarabiają mieszkańcy "najzamożniejszej" części Unii Europejskiej (Luksemburg, Dania, Francja, Belgia - nawet Niemcy mają płace o 15% niższe w stosunku do Luksemburga!), zatem i to, co wpłacamy do ZUS jest zbyt krótką kołdrą, aby te świadczenia były lepsze, wyższe, godniejsze. Czyli nasze państwo powinno do systemu emerytalno-rentowego dopłacić. I to znacznie więcej, niż obecnie.Na koniec chciałbym postawić pytanie: czy ten wzrost w okresie 8 lat (o ponad 5 tys. zł od 2011 roku) to dużo czy mało? W "Rachunku od państwa" za 2011 rok (po korekcie??? z 2017 roku) widniała kwota 17.857 zł, za rok 2018 - 23.135. To o 29,5% więcej niż w 2011 roku. Jednakże: w tym samym okresie PKB wzrosło o 24,8%, natomiast tempo wzrostu gospodarczego (a ten miernik jest bardziej wiarygodny, gdyż nie uwzględnia finansowanych "z kredytu" inwestycji publicznych i uwzględnia rzeczywistą inflację) wyniosło 39,3%. Można zatem stwierdzić, że poziom wydatków publicznych jest niższy od tempa wzrostu gospodarczego i mógłby być wyższy! Rozumiem, że zwolennicy Leszka Balcerowicza i jemu podobnych będą oburzeni, ale przypomnę stare powiedzenie - aby pojechać trzeba zatankować, naoliwić. Jeśli trzeba - nawet na kredyt. Każdy właściciel samochodu wie, że jeśli zaniedba systematycznej wymiany oleju, zatrze silnik. Jeśli nie zatankuje na czas - stanie gdzieś "w polu". Reforma Balcerowicza miała uzdrowić publiczne finanse - nie uzdrowiła. Spowodowała za to likwidację znacznej części polskiego przemysłu lekkiego i lokalnego oraz bezrobocie sięgające w niektórych regionach ponad 40%. Obiecywanego nam "Zachodu" ani gospodarczo ani poziomem życia nie dogoniliśmy. Ostatnie "dziecko" Balcerowicza czyli reforma emerytalna (zresztą tak zachwalana przez jego ówczesnych podwładnych - Roberta Gwiazdowskiego i Ryszarda Petru) też okazała się niewypałem, z którym prędzej czy później coś trzeba będzie zrobić. Zresztą proces "odbalcerowiczania" naszego systemu emerytalnego zaczął rząd Donalda Tuska przejmując w 2013 roku dużą część kapitałów zgromadzonych w OFE, rząd Morawieckiego chce dobić OFE i wprowadza Pracownicze Plany Kapitałowe - kolejny pomysł na wyciągnięcie pieniędzy z portfeli tych legalnie pracujących na etacie.Można debatować, czy "rozrzutna" polityka socjalna obecnego rządu ma sens, czy nie byłoby lepiej zmniejszyć podatki. Tyle, że nikt nie przedstawia nam WIARYGODNEGO scenariusza najbardziej pożądanego - jak sprawić, aby dystans w płacach czy poziomie życia dzielący nas od np. Niemców zaczął się zmniejszać? Niewątpliwie bez zwiększenia wydatków publicznych się nie obędzie.

Piotr (gość) 09.05.2019, 11:03

Nauczyciele, rolnicy i nie tylko. Jak rząd powinien (...)


Wrzucenie do jednego worka bardzo różnych grup protestujących nie wydaje się słuszne. Warto raczej te grupy podzielić "wg właściwości" - na gospodarkę i grupy "budżetowe".GOSPODARKA.ROLNICY. Warto zastanowić się nad meritum ich protestów. Mówiąc krótko - brak forsy, bo ceny nie takie, bo konkurencja duża, bo największe polskie przetwórnie owocowo-warzywne czy rzeźnie opanowane przez zagraniczne koncerny... W XIX wieku na Wielkopolsce pruski zaborca, chcąc osłabić siłę polskiego ziemiaństwa, wprowadził korzystniejsze rozwiązania prawne i cenowe dla Niemców (oraz osób, które zniemczyły swoje nazwisko i podpisały "lojalkę"). Odpowiedzią Polaków było powołanie ruchu spółdzielczego - powstały POLSKIE spółdzielnie skupujące od Polaków płody rolne po "lepszych" cenach i dysponujące własną siecią sprzedaży w miastach. Co stoi na przeszkodzie, aby obecni polscy rolnicy przypomnieli sobie (lub zrozumieli), że mogą zrobić dokładnie to samo i zakładając spółdzielnie zmusić wielkie zagraniczne sieci handlowe czy przetwórnie do ustępstw? NIC! Chyba że niechęć do spółdzielczości, no bo to relikt z czasów PRL-u. Skoro ktoś chce samodzielnie klepać biedę na małym gospodarstwie - jego wybór! Przeciwko polskiemu rolnictwu przemawia ponadto kilka absolutnie obiektywnych czynników. Rozdrobnienie gospodarstw. Jeśli ktoś ma kilka czy kilkanaście hektarów ziemi i na ich obrobienie, średnio w skali roku, poświęca ok. 20 minut dziennie na hektar (tak przed laty wyliczyli naukowcy ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego) to nie może oczekiwać, że pracując przeciętnie dziennie na "1/4 etatu" będzie osiągać dochody równe średniej płacy w przedsiębiorstwach czy wyższe. Brak środków na inwestycje. Rolnik chce mieć nowoczesny traktor, kombajn i co tam jeszcze, na własne potrzeby. Nie liczy się racjonalność ekonomiczna. Jeśli ktoś kupuje sprzęt wykorzystywany do pracy przez kilka czy kilkanaście dni w roku, niech nie dziwi się, że do interesu dopłaca. Co roku słyszymy, że albo susza (i rolnikom należy się pomoc państwa) albo lało, zalało, podtopiło (i też chcą pomocy). A melioracja zdolna odprowadzić nadmiar wody w okresach intensywniejszych opadów? A nawadnianie, gdy opadów brak? No cóż, jeśli ktoś chce prowadzić gospodarstwo rolne na poziomie technologicznym z czasów króla Ćwieczka, niech nie oczekuje, że będzie mieć się dobrze. Rolnicy skarżą się na import żywności - bardzo często właśnie ta importowana żywność ma, niestety, lepszą jakość. Wielkie sieci handlowe sprowadzają to, czego chcą kupujący (czyli my wszyscy) a nie to, co chce im sprzedać polski rolnik. Dowodem jest powolny, ale zauważalny upadek "zielonych rynków", gdzie jeszcze 10 lat temu można było kupić "płody polskiej ziemi prosto ze wsi". Dziś coraz mniej osób korzysta z takich targowisk.TAKSÓWKARZE. Dario (w poście poniżej) słusznie zauważył, że taksówkarze powinni walczyć solidarnie o maksimum deregulacji. Dziś konia z rzędem temu, kto na pamięć zna wszystkie ulice w Warszawie, Wrocławiu czy innych dużych miastach i obowiązującą na nich organizację ruchu. Od tego jest nawigacja! Egzamin to absolutnie zbyteczna przeszłość i tu Uber czy Tarify mają po prostu rację. Powinno się to skończyć prostym przepisem - KTO PROWADZI POJAZD SŁUŻĄCY DO ZAROBKOWEGO LUB USŁUGOWEGO PRZEWOZU OSÓB I TOWARÓW MA MIEĆ ZAWODOWE PRAWO JAZDY I WAŻNE BADANIA PSYCHO-TECHNICZNE.BUDŻETÓWKA - PRACOWNICY. Niedawno protestowali pracownicy pomocy społecznej - zapewne do protestów powrócą, gdyż ich płace (zwykle coś około 2,5 tys. na rękę) są już zwykle niższe niż zasiłki wypłacane "podopiecznym". Pracownicy samorządowi. Bez podwyżek płac od 2009 roku. Nie mogą strajkować, ale prędzej czy później znajdą sposób, aby przypomnieć rządowi, że i oni czekają... Nauczyciele. Żądania mają absolutnie słuszne. Chciałbym przypomnieć, że kiedy dokonywano pierwszej "dużej" zmiany Karty Nauczyciela na początku lat 90-tych (za ministra Stelmachowskiego) gwarantowano wówczas nauczycielom wzrost wynagrodzeń do 150% średniej krajowej. Do dziś pozostaje to w sferze bardzo pobożnych życzeń. Nie mogę się w tym miejscu zgodzić z postem Dario, który sugeruje, aby ci wszyscy, którym warunki pracy w sferze budżetowej nie pasują, szukali szczęścia w innej.Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie… Nadto przekonany jestem, że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli. To bardzo mądre słowa wypowiedziane przez Jana Zamoyskiego, kanclerza wielkiego koronnego i hetmana wielkiego koronnego w roku 1600. Służba publiczna to coś więcej, niż praca. Nauczyciel to nie tylko odpowiednie wykształcenie (przedmiotowe). To umiejętność pracy z młodzieżą, umiejętność wyłapywania sygnałów o problemach psychologicznych, umiejętność łagodzenia konfliktów (a przecież uczniowie w wieku kilkunastu lat to właśnie grupa przechodząca tzw. fazę buntu)... Tymczasem juą dziś krąży wśród nauczycieli taki oto dowcip: Czy nauczyciel chemii może zarobić 3,5 tysiąca na rękę? Oczywiście, że tak, wykładając chemię... na półki w Biedronce czy Lidlu. Bez kompetentnych nauczycieli nie będzie szkół oferujących dobre przygotowanie, a tu od wielu lat przedsiębiorcy skarżą się na "słabe" przygotowanie młodzieży do pracy. Zatem co, obniżamy poziom kształcenia czy Podobnie urzędnicy - to, oprócz wykształcenia, szereg nabywanych przez lata w ramach szkoleń i praktyki kompetencji.Nie można pracownikom budżetówki powiedzieć JAK WAM SIĘ NIE PODOBA, IDŹCIE SZUKAĆ SZCZĘŚCIA GDZIE INDZIEJ, bo co wtedy - szkołę czy urząd zamykamy???BUDŻETÓWKA - NIEPEŁNOSPRAWNI i inni KLIENCI POMOCY. Faktem niezaprzeczalnym jest, że otrzymać w Polsce decyzję Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie stwierdzającą taką czy inną niepełnosprawność nie jest zbyt wielkim problemem. Najpierw należałoby wprowadzić bardzo ścisłe regulacje, co niepełnosprawnością jest, a co nie. Dziecko ma problemy z czytaniem. Dysleksja. I orzeczenie o niepełnosprawności oraz specjalnych potrzebach edukacyjnych. Dziecko ma problemy z liczeniem. Dyskalkulia. I, jak poprzednio, orzeczenie o niepełnosprawności oraz specjalnych potrzebach edukacyjnych. I w obu przypadkach możliwość występowania do Ośrodków Pomocy Społecznej o specjalne zasiłki, możliwość "uchylania się od podejmowania pracy", no bo niepełnosprawne dziecko pod opieką... Tu rozumiem stanowisko rządu, że nie można spełnić żądań protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów w odniesieniu do każdej osoby niepełnosprawnej. Ale na tym koniec zrozumienia, gdyż uporządkowanie legislacji regulującej działanie systemu orzekania o niepełnosprawności i przypisanie głównym rodzajom dysfunkcji maksymalnej pomocy społecznej (o ile w ogóle taka pomoc jest potrzebna, bo w przypadku dysleksji, dyskalkulii czy zwykłego jąkania się - chyba nie) powinno być zrobione dość dawno temu. Zatem skoro rząd z odpowiedzialną za ten bałagan minister Rafalską śpi w błogim nic-nie-robieniu, będzie mieć do czynienia z protestem niezadowolonych.A czy te protesty nie mają aby politycznego podtekstu? Szczerze mówiąc, chyba jednak nie. Po prostu od lat panuje w Polsce zasada, że "rząd sam się wyżywi" (jak stwierdził Jerzy Urban w 1981 roku) czyli zadba o własne interesy - premie, nagrody, posadki w radach nadzorczych spółek skarbu państwa itp., a reszta? Pokrzyczą, postrajkują... Przeczeka się. A jak nie? Bo rok wyborczy, bo to może rządowi zaszkodzić? Po nas choćby potop! Opozycja ich wspiera, tych strajkujących, protestujących? No to dostanie ich w spadku po nas. My jeszcze, na odchodnym, dolejemy oliwy do ognia, podsycimy żądania i niech wtedy biorą władzę, niech tworzą rząd, niech się męczą z problemem, którego od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat nikt nie zdołał sensownie rozwiązać. A my, z mównicy sejmowej, będziemy ich punktować. Tak na nas krzyczeliście, tak nam wytykaliście błędy, brak pomysłów i umiejętności rządzenia a teraz co? Też nie potraficie? Niestety, większość tych protestujących grup to permanentne pola konfliktu od dziesiątek lat. Ich ograniczenie czy całkowita eliminacja sytuacji konfliktowych jest rządzącym nie na rękę. Opozycji też nie. Zawsze dobrze mieć na podorędziu możliwość wywołania konfliktu społecznego i punktowania politycznych przeciwników prostym zdaniem A CO WY DLA TEJ GRUPY ZROBILIŚCIE?Pozdrawiam, choć dość smutno...

Piotr (gość) 26.03.2019, 11:34